,,Czy wszyscy pisarze są pierdolnięci?!”

Komedia kryminalna nie jest u nas popularnym gatunkiem. Niestety, znam niewielu pisarzy, którzy tworzą tego typu powieści. Tym bardziej ucieszyłam się, gdy wzięłam do ręki pierwszy tom serii Mroczna Strona autorstwa Aleksandra Rogozińskiego. Oczekiwałam przede wszystkim dużej dawki poczucia humoru. Po ciężkim dniu w pracy byłaby jak znalazł. Czy ją dostałam?

Aleksander Rogoziński – KRÓTKO O AUTORZE

Związany z branżą dziennikarską od wielu lat – obecnie redaktor dwutygodnika Party, autor wielu artykułów  o różnej tematyce. Można go także od czasu do czasu oglądać w ,,Maglu Towarzyskim” u boku Karoliny Korwin Piotrowskiej ( swoją drogą uwielbiam ten program). Pierwszą książkę wydał w 2015 roku, była to powieść „Ukochany z piekła rodem”, która z miejsca podbiła serca czytelników i znalazła się na liście bestsellerów EMPIK.com.

Róża Krull rozpoczyna własne śledztwo

Poczytna pisarka kryminałów jest bardzo niezadowolona, kiedy okazuje się, że musi pojechać na zjazd pisarzy, który odbywa się w starym dworku pod Krakowem. Podejrzewa, że umrze tam z nudów, albo upije się na śmierć. Jeszcze nie wie, jak bardzo się myli. Już pierwszego dnia staje się świadkiem morderstwa koleżanki po fachu. Nie może pozbyć się przeświadczenia, że ktoś jej tu podkrada pomysły z jej powieści. Postanawia sama, przy niewielkiej pomocy równie szalonych przyjaciół, odkryć kto jest zabójcą.

Róża Krull

Charakterystyczni bOHATEROWIE

Róża Krull jest bohaterką obok której nie można przejść obojętnie. Podejrzewam, że jednych irytuje, a drudzy ją kochają. Ja po przeczytaniu powieści sama nie wiem jakie mam w stosunku do niej odczucia. Chwilami wydaje się tak nieporadna, że to aż śmieszne. Z drugiej strony w wielu momentach wykazuje się nie lada odwagą ( choć niektórzy by to nazwali głupotą) i postanawia sama wytropić zabójcę. Mimo gracji słonia w składzie porcelany Róża radzi sobie całkiem nieźle i wprowadza do powieści naprawdę wiele dobrego humoru, który udziela się także czytelnikowi.

Wątek kryminalny na poziomie

Intryga może i nie jest za bardzo rozbudowana, ale nie o to w tej powieści chodzi żeby być drugą Bondą i walić po 800 stron. Powieść jest, jak na dzisiejsze standardy, krótka, lecz nie ujmuje jej to w żaden sposób. Zawiera wszystko to, co lubię w czarnych komediach – odrobinę dreszczyku, oraz szczyptę dobrego humoru. Czekam z niecierpliwością na kolejne tomy z Różą Krull w tle, a ,,Do trzech razy śmierć” polecam każdemu wielbicielowi gatunku.

 

 

 

 

Polska polityka w smutnym wydaniu – Wotum nieufności Remigiusza Mroza

Wstyd się przyznać, ale to moje pierwsze spotkanie z panem Remigiuszem Mrozem i jego twórczością. Taka wielbicielka kryminałów jak ja nie powinna się do tego publicznie przyznawać. No cóż, trudno, stało się. Mogę tylko powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, że mam bardzo małe zaufanie do polskich twórców powieści kryminalnych i musiałam się przemóc i przygotować psychicznie. Pytanie tylko, co mi z tego wyszło?

Remigiusz Mróz, Wotum nieufności, wyd. Filia, s. 624

Co się stanie, gdy marszałek sejmu obudzi się z wielką luką w pamięci, w nieznanym wcześniej pokoju hotelowym, znajdującym się gdzieś na wygwizdowie? Wiadomo jedynie, że to tylko początek problemów. Czy marszałek Daria Seyda przypomni sobie, co się stało w tę noc? Tymczasem Patryk Hauer, młody polityk prawicy, próbuje zrozumieć czy śmierć jednego Polaka i działania najwyższych urzędników w państwie mają ze sobą jakikolwiek związek. Tą dwójkę dzieli absolutnie wszystko – podejście do rodziny, etyki, moralności i polityki. Połączy za to jedna, tajemnicza sprawa śmierci jednego człowieka, którą oboje będą chcieli wyjaśnić za wszelką cenę.

wotum nieufności

Nie na darmo książki tego pana nazywane są majstersztykami. Na własne oczy przekonałam się, co to znaczy po mistrzowsku stworzyć fabułę. Na ogół książki political fiction mnie nie grzeją. Tak właściwie to ja nie lubię polityki. Co mnie podkusiło żeby coś takiego wziąć do ręki? Nie mam bladego pojęcia. Ale wiem jedno. Zatonęłam w tej książce. Od pierwszej chwili autor wciągnął mnie w wir intryg, hipokryzji, twardej i bezkompromisowej polityki. To było nie tylko ciekawe – to chwyta za gardło i nie daje na chwilę odpuścić.

Ani chwili wytchnienia

Najlepszą cechą tej powieści są emocje. Jest ich tyle, że nie sposób zaczerpnąć tchu. Były momenty, że śmiać mi się chciało, bo przez chwilę był już spokój, a tutaj nagle znowu coś się dzieje. Mróz nie daje czytelnikowi chwili wytchnienia. Przez moment ma się wrażenie, że spokój to dla autora ujma na honorze – u niego w książkach musi się dziać i to tak, że wszystko się trzęsie. I rzeczywiście tak jest. Akcja goni akcję, bohaterowie są doświadczani na różne sposoby i wikłani w coraz trudniejsze do opanowania i dziwniejsze sytuacje. Powiem szczerze – gdybym była na miejscu tych ludzi chyba bym usiadła i się popłakała z bezsilności.

Wyidealizowana bohaterka

Jedno, jedyne zastrzeżenie mam do głównej bohaterki, Darii Seydy. Jest tak strasznie wyidealizowana, że to aż boli. Jakim cudem ta baba znalazła się w polityce? Takie pytanie zadawałam sobie niemalże przez całą książkę i nijak nie udało mi się na nie odpowiedzieć. Zapewne był to celowy zabieg autora żeby pokazać jakieś światełko w tym tunelu zła – polityka w tej książce jest tak straszna i brudna, że czytelnik ma ochotę się umyć zaraz po jej przeczytaniu. Pani Seyda wnosi lekki zefirek nadziei, aczkolwiek nie wiem czy takie osoby w polityce w ogóle jeszcze istnieją. Mam co do tego spore wątpliwości.

Podsumowanie

Wotum nieufności to bardzo dobra powieść, pełna emocji i wielokrotnych zwrotów akcji, od których zapewne niejednemu czytelnikowi zakręci się w głowie. Polecam zwłaszcza osobom, które lubią grzebać w polskiej polityce współczesnej. Spotkanie z bohaterami tej powieści będzie dla nich rozrywką na wiele chłodnych wieczorów.

Czy okładka jest ważna? Kilka słów o projektowaniu okładki.

Jednym z elementów prac wydawniczych jest projektowanie okładki. To bardzo przyjemny proces, głównie dla autora, który zyskuje możliwość zobaczenia jak jego dziełu nadaje się charakter i kształt. Jak wygląda współpraca wydawnictwa z autorem na tym polu?

okładka

Propozycje okładki od wydawnictwa

Jeśli współpracujemy z wydawnictwem i to w jego gestii jest stworzenie okładki to bardzo prawdopodobne, że pewnego pięknego dnia dostaniemy do akceptacji kilka wzorów okładki. Szczerze mówiąc uwielbiam wybierać okładkę do książki, którą sama stworzyłam. Jest w tej czynności coś, co mnie w jakiś sposób cieszy i uskrzydla, czasami nawet motywuje do dalszej pracy. Nie wiem czemu tak jest, nie do końca potrafię to ująć w słowa, ale tak właśnie się czuję, kiedy widzę propozycje okładek. Zazwyczaj autor dostaje od 3 do 5 propozycji. Jeśli trafi nam się płodny grafik to dostaniemy nawet 10. Pozostaje nam tylko wybrać którąś i posłać odpowiedź do wydawnictwa.

A co jeśli żadna okładka mi się nie spodoba?

Czasami dzieje się i tak, że żadne okładki do nas nie przemawiają. No bywa, nie wszystko nam się musi podobać. Mamy wtedy prawo powiedzieć, że te propozycje nam się nie podobają i prosimy o jeszcze jakieś. Oczywiście nie przesadzajmy, nie bądźmy wybredni dla zasady i nie marudźmy nad dwudziestą okładką. Jestem pewna, że z dwudziestu projektów da się coś wybrać. Jeśli mimo to żaden projekt nam się nie podoba to mamy dwie drogi – wybrać któryś projekt, który do nas nie przemawia, ale ujdzie w tłoku ( nie polecam – mamy być zadowoleni z efektu a nie umiarkowanie zadowoleni) albo podążyć jeszcze inną drogą.

Współpraca z niezależnym grafikiem

Zdarzyło mi się raz, że musiałam skorzystać z tego sposobu, ponieważ okładki wydawnictwa do mnie absolutnie nie przemawiały. Zwyczajnie napisałam do niego wiadomość, że poszukuję twórcy okładki do mojej książki. Musiałam nakreślić o czym jest fabula, jaki to typ literatury i poruszyć inne, podstawowe tematy. Jest to opcja droższa, bo w tym wypadku to autor płaci grafikowi, a nie wydawnictwo. Ale powiem wam jedno – warto tą drogą podążyć, jeśli nie macie już innego wyjścia. Koszt zrobienia okładki w kilku formatach to od 1000 do nawet 3000 zł.

Dlaczego okładka jest ważna?

Bo to pierwsze co widzi czytelnik, gdy sięga waszą powieść z półki. Wiem, że nie powinno się oceniać książki po okładce, ale nie czarujmy się – duża część czytelników tak robi. Potem patrzy na opis z tyłu. Ten powinien go zaciekawić na tyle, że czytelnik będzie chciał przeczytać książkę Jak skojarzy autora to fajnie. Jak nie, to jeszcze zajrzy na notę o autorze. Ale okładce przyjrzy się wnikliwie. Dlatego warto ją dopracować i spędzić nad nią trochę więcej czasu.

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania na temat projektowania okładki lub innego procesu wydawniczego, to dajcie znać. Chętnie odpowiem, jeśli tylko będę potrafiła. 🙂

Cechy, które zrobią z ciebie dobrego pisarza

Wiele razy słyszałam już to pytanie. Zadawano mi je w wielu rożnych kombinacjach i odmieniano przez wszystkie możliwe przypadki. Kiedyś zapytano mnie także, czy każdy może pisać. Wielu twórców odpowiada, że każdy, dając przy tym nadzieje wielu osobom, które nigdy nie będą pisać książek. Nie dlatego, że nie umieją. Znam kilku pisarzy, którzy tworzą wspaniałe opowieści, jednak ich książki nigdy nie zostały wydane. Leżą w szufladzie i czekają. A oni sami zadają sobie pytanie: dlaczego?

Pisarz musi być wytrwały

Nie jest łatwo pisać książki. I mówię to ja, która wydała ich już trzy ( w sumie to dwie, ale trzecia niedługo się ukaże). Są dni kiedy zamiast weny jest jedynie smutek. Nie potrafisz napisać ani jednego zdania, pisanie cię męczy, a wiesz, że powinieneś COŚ napisać. COKOLWIEK. Ale nie idzie. Wielu ludzi wtedy jest złych, postanawia rzucić pisanie i klnie na czym świat stoi. Uważają, że zawiedli jako pisarz, nie umieją tworzyć i w ogóle co oni sobie myśleli, że się tego podjęli. Te uczucia są normalne. Przeżywa je wielu twórców minimum raz w roku.  I dlatego właśnie pisarz nie powinien łatwo się zniechęcać. A demotywować go będzie absolutnie wszystko – to, że koleżanka pisarka wydała książkę, a jego wciąż się kurzy, to, że dzieci przeszkadzają mu w pisaniu, to, że żona nie daje mu w spokoju tworzyć, to, że wydawnictwa mu nie odpowiadają na zapytania ofertowe i bieduje, to, że nie ma weny i od miesiąca nie napisał ani jednego zdania. Takie dni będą się zdarzać. Czytelnikom się wydaje, że praca pisarza jest miła i niezbyt stresująca. A już na pewno dochodowa. Oj, moi drodzy i tu się bardzo mylicie, ale to temat na osobny post. W każdym razie wytrwałość przyda się debiutantowi w nadmiarze.

pisarz

 

Pisarz musi być cierpliwy

Po raz kolejny wydawnictwo odrzuciło twoją książkę? Znowu żadne wydawnictwo nie odpowiada na twoje zapytanie? Piszesz już tyle lat i jak dotąd nie wydałeś ani jednej książki? Zastanawiasz się co jest z tobą nie tak? Zanim Andrzej Pilipiuk wydał swoją pierwszą książkę musiało minąć dobrych kilka lat. Joanne K. Rowling zanim wydała Harrego Pottera przeszła niemalże wszystkie wydawnictwa w Wielkiej Brytanii. Nikt nie chciał wydać sagi o małym czarodzieju z blizną na czole. Dopiero małe wydawnictwo postanowiło zaryzykować i dać szansę debiutującej autorce. Musisz zrozumieć jedną rzecz. Wydawanie książek to jest biznes. Jeśli wydawca czuje, że finanse włożone w wydanie twojej książki mu się nie zwrócą przy sprzedaży, to jej nie wyda. Bo nie będzie ryzykował. Dlatego wydawnictwa rzadko dają szansę debiutantom. Nie znaczy to jednak, że żaden debiutant nie ma szansy na wydanie książki. To nieprawda. Osobiście głęboko wierzę, że jeśli książka jest dobra, to zostanie wydana. Ale do tego musisz uzbroić się w cierpliwość. Katarzyna Bonda kiedyś powiedziała, że zanim zaczęła poważnie zarabiać na byciu pisarką musiała wydać kilka mniej poczytnych książek, żeby w pewnym momencie napisać bestseller i stać się jedną z najbardziej poczytnych pisarek. Każdy pisarz musi uzbroić się w cierpliwość i pokorę. Może nie dzisiaj, nie jutro, nie za rok czy dwa. Zawód pisarza jest piękny pod jednym względem – bestseller możesz wydać w każdym wieku. 🙂

Pisarz musi być pracowity i sumienny

Gdy pracuję nad książką tworzę harmonogram działań. Zakładam między innymi kiedy skończę pierwszy rozdział, ile znaków dzisiaj napiszę. To bardzo dyscyplinuje. Ale tylko osoby, które są sumienne i robią zawsze to, co sobie założyły. Uważam, że każdy pisarz powinien trenować swój warsztat, w ten czy inny sposób. Niektórzy prowadzą bloga, inni cały czas piszą książki, jeszcze inni jeżdżą na kursy. Nie neguje żadnego z tych sposobów – każdy jest dobry, aby poprawić i ulepszyć swoje pióro. Oczywiście znam takich pisarzy, którzy pracują wyrywkowo – przez 3 miesiące napiszą kilka rozdziałów, potem długo, długo nic i na końcu znowu ciąg. Jeśli im to pasuje to nie ma problemu, widocznie taki mają system pracy. Często pytacie mnie co trzeba zrobić, żeby zostać pisarzem. Kochani, odpowiedź jest bardzo prosta – pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Bez szkolenia swojego warsztatu daleko nie zajedziecie – chyba, że urodziliście się do bycia pisarzem i macie to w genach. Warto także dużo czytać, to pomaga. Zwiększamy w ten sposób nie tylko zasób słownictwa, rozwijamy naszą wyobraźnię i znajdujemy inspirację. Ale przede wszystkim trzeba się stale pilnować i samemu motywować do pracy – jesteście sami sobie sterem i okrętem – nikt tego za was nie zrobi!

Na koniec fajny cytat, który gdzieś mi się napatoczył. Idealnie oddaje mój charakter. 🙂 A wasz?

Chciałem powiedzieć światu tylko jedno słowo. Ponieważ nie potrafiłem tego, stałem się pisarzem.

Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane, Wydawnictwo Literackie

Sztuka kochania – kilka słów prawdy o seksie

To, że ponad pięćdziesięcioletnia kobieta w charakterystycznej chustce na głowie zburzyła tak misternie budowany spokój PRL-owskich władz nie ulega wątpliwości. Pozostaje pytanie: czy była zwykłą skandalistką, która lubiła szokować, czy może naukowcem z krwi i kości, który przede wszystkim pragnął znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania i pomóc przy tym innym kobietom, które nie miały się do kogo zwrócić ze swoimi problemami? Po przeczytaniu Sztuki kochania uważam, że w w każdym z powyższych cech charakteru Wisłockiej jest ziarno prawdy. Ta pani lubiła szokować, nie panowała nad językiem, odczuwała niepohamowany głód miłości ( niektórzy dzisiaj nazywają to nimfomanią). A nade wszystko lubiła odkrywać i wiedzieć. I to właśnie to ostatnie pragnienie zaprowadziło ją do wydania Sztuki kochania.

Sztuka kochania

O książce ostatnio zrobiło się bardzo głośno, a to za sprawą filmu opartego na jej podstawie, w którym główną rolę zagrała Magdalena Boczarska, podobno świetnie wcielając się w rolę głównej bohaterki. Nie wiem czy to prawda, filmu nie widziałam, ponieważ od lat pozostaje wierna zasadzie, że najpierw książka potem ewentualnie film. Być może kiedyś go obejrzę i porównam.

Słów kilka o autorce biografii

Szukając informacji o Violettcie Ozminkowski uznałam, że to musi być skromna kobieta, bo coś mało o niej słychać, a i szukanie w Internecie w efekcie nie dało zbyt wielu informacji. Przez wiele lat pracowała jako dziennikarka w ,,Newsweeku”, była szefową działu ,,Społeczeństwo”. Współtworzyła wiele ciekawych projektów – m.in. biografię Marka Edelmana, wywiadu rzeka z Grzegorzem Miecugowem. Redagowała także książkę Moniki Jaruzelskiej. Dodatkowo wyczytałam na Pudelku, że nie zaproszono jej na premierę ,,Sztuki kochania” (trochę słabo, zwłaszcza, że to ona napisała książkę, na podstawie której powstał ten film) poczuła się pokrzywdzona, ale przeproszono ją i o konflikcie zapomniano.

Czy Wisłocka taka straszna, jak ją malują?

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Sztuka kochania była na tamte czasy czymś nie do pomyślenia. Czytając ją dzisiaj nie wywołuje u mnie takich emocji, przez pierwszą część książki byłam nawet trochę zirytowana tym, że tak mało się dzieje. Wisłocka prowadziła smutne życie, biorąc pod uwagę standardy dzisiejszych kobiet. Całkowicie podporządkowana mężowi, uwikłana w jakieś dziwne relacje z przyjaciółką, których nie mogłam kompletnie zrozumieć ani zaakceptować. Pierwsza część biografii całkowicie mnie do tej kobiety zniechęciła. jedyne co w niej podziwiałam to pęd do wiedzy, który podsycał jej mąż. To chyba było jedyne, co w tym człowieku było dobre. Podejrzewam, że to dzięki niemu w dużej mierze Wisłocka zaszła tak daleko w karierze naukowej.

Dopiero po dłuższym czasie widzimy jak w głównej bohaterce coś się zmienia. Nie chodzi tutaj tylko o to, że wreszcie poczuła wolność i postanowiła pójść sobie pohasać nago po łące ( to taka metafora, w rzeczywistości nie hasała. Nago może i owszem, ale nie po łące). Kobiety, które przez wiele lat żyły pod dyktando drugiej osoby są niesamowicie tłamszone. Wszelkie ich potrzeby i emocje są spychane na dalszy plan, ponieważ liczą się tylko uczucia tej drugiej osoby. Nie dziwie się więc, że od pewnego momentu czytelnik może zobaczyć jak zmieniał się charakter Wisłockiej i uwalniała się z niej długo tłumiona namiętność. Książka jest bardzo wartościowa pod względem psychologicznym – to studium postaci to gratka dla kogoś, kto się tym tematem faktycznie interesuje.

Rewolucja seksualna w Sztuce kochania

Najbardziej w tej biografii podobało mi się to, w jaki sposób Wisłocka została pokazana jako lekarz i naukowiec. Kiedyś jej powiedziano, że lekarz powinien być w pierwszej kolejności człowiekiem, dopiero potem lekarzem i ona z tej informacji wyciągneła naukę i wdrażała w życie. Naprawdę pragnęła nauczać i pomóc kobietom, które nie odczuwały przyjemności z seksu. Wtedy nie miał kto ich uświadamiać, bo temat budził zgorszenie. Takie panie były pozostawiane same sobie. Po wydaniu Sztuki kochania to się zmieniło. Dowiedziały się, że to normalne, że niektóre kobiety nie odczuwają przyjemności ze stosunku. Grunt to znaleźć przyczynę, która może leżeć absolutnie wszędzie. Tak nie musi być zawsze. Wisłocka opowiadała także bardzo dużo o antykoncepcji, o której wtedy prawie wcale nie mówiono. To naprawdę byłe Rewolucja i to przez duże R. Najbardziej ciekawe, z mojego punktu widzenia, są fragmenty, które opowiadają o tym, jakie Wisłocka i wydawnictwo mieli trudności z wydaniem książki w Polsce ( przecież musiała przejść cenzurę). Ostatecznie książkę wydano (i sprzedano w 7 milionach egzemplarzy w wielu krajach na całym świecie!), lecz problemy nie przestały się nawarstwiać. Ale to nie zamknęło ust ,,gorszycielki” i ,,Hitlera w spódnicy” jak nazywano autorkę Sztuki kochania. Nadal leczyła, uświadamiała i pomagała wszystkim kobietom, które tego potrzebowały. I za to trzeba ją naprawdę cenić, chociaż jej biografia nie powala na kolana. 🙂

Kiedy zaczyna się mobbing? Jak się przed nim bronić?

Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, która od dobrego roku jest mobbingowana w miejscu pracy. Szefowa nie zostawia na niej suchej nitki. Na początku czepiała się jej ubioru. Koleżanka pracuje w korporacji, gdzie dresscode jest jasno określony. Ubierała się więc tak, jak powinna. Dla szefowej jednak jej spódnica była zawsze za krótka, a koszula wymięta ( mimo że dopiero wyszła spod żelazka). Po jakimś czasie szefowa zaczęła krytykować jej projekty. Robiła to za każdym razem, niezależnie od tego, czy projekt był zrobiony bardziej lub mniej starannie. Potrafiła powiedzieć mojej koleżance, że jej zdaniem nie ma kompetencji żeby pracować na danym stanowisku i powinna się zwolnić, żeby zaoszczędzić sobie wstydu. Z czasem, gdy ataki nasilały się coraz bardziej, moja koleżanka zaczęła w to wierzyć. Na nic zdały się tłumaczenia sobie, że przecież ma wykształcenie, wiele certyfikatów, do momentu przyjścia szefowej do pracy wszyscy ją chwalili, a nawet była mowa o awansie. Jej samoocena zaczęła pikować w dół. Miarka się przebrała, gdy szefowa zaczęła insynuować, że ma romanse z kolegami z pracy. Były to bzdury wyssane z palca, jednakże wiadomo jak jest w dużej firmie. Plotka się niesie. Ludzie powoli odsuwali się od niej. Każdy już wiedział, że jest na celowniku szefowej i nikt nie chciał jej pomóc, ani samemu podpaść. Kiedyś jedna dziewczyna stanęła w obronie mojej koleżanki. Następnego dnia została zdegradowana.

mobbing

DEPRESJA A MOBBING

Po kilku dobrych miesiącach takiego traktowania u koleżanki pojawiły się bóle głowy, bóle brzucha, drżenie rąk, ogólne rozdrażnienie i nerwowość. Nie była w stanie utrzymać szklanki z wodą, tak bardzo trzęsły jej się ręce. Straciła chęć do pracy, którą kiedyś tak bardzo lubiła. Zaczęła mieć problemy ze snem – codziennie spała ok. 2 godziny, przez co była notorycznie niewyspana i popełniała błędy w pracy, co dawało jej szefowej pretekst do dalszej krytyki i poniżania.  Któregoś dnia koleżanka nie miała siły wstać z łózka. Bolało ją wszystko – od głowy po czubki palców. Wzięła l4 w pracy i poszła do lekarza. Na szczęście miała sensownego lekarza, bo zapytał ją o stres. Opowiedziała mu wszystko. Powiedział, że powinna udać się do innego specjalisty – psychiatry. Na początku się oburzyła i wyszła trzaskając drzwiami. Potem, po głębszym zastanowieniu uznała, że co jej szkodzi. Nie dopuszczała do siebie, że może być chora. Psychiatra zdiagnozował początki depresji wywołane długotrwałym mobbingiem.

STRACH I KOSZTY BLOKUJĄ PRACOWNIKÓW PRZED ZGŁASZANIEM MOBBINGU

Ktoś powie, że po co ona się męczy. Po co tam nadal pracuje? Odpowiedź jest krótka: kredyt. Koleżanka wzięła kredyt na mieszkanie i musi go spłacać, a sytuacja na rynku pracy nie nastraja optymistycznie. Wielu ludzi jest w takiej sytuacji co ona. Boją się cokolwiek zrobić w obawie, że będą szukać długo następnej pracy i nie dadzą rady się utrzymać. jestem w stanie to zrozumieć, jednak wewnątrz mnie wszystko krzyczy, że nie powinna dać się tak traktować i walczyć o swoje prawa w sądzie.

PRACODAWCA NIE POWINIEN POZOSTAĆ BEZKARNY!

Zgodnie z art. 94, Kodeksu Pracy to pracodawca odpowiada za pojawienie się mobbingu w zakładzie pracy, niezależnie od tego kto jest sprawcą i ofiarą. każdy z nas ma prawo dochodzić swoich praw w sądzie pracy. Wiem, że to długa i żmudna droga. Niestety, wiążące się z tym formalności i koszty, w tym opłacenie wynagrodzenia prawnika, często powstrzymują poszkodowanych przed założeniem sprawy. Warto jednak pomyśleć o tym, że taki pracodawca pozostaje bezkarny. I dopóki czegoś ktoś z tym nie zrobi, to on nadal będzie to robił. Osobiście uważam, że po to mamy prawa pracownika wypisane w Kodeksie Pracy, żeby z nich korzystać. Pracodawcy nie powinni czuć się bezkarni. To tylko od nas zależy, czy im pozwolimy na taki luksus.

A wy mieliście do czynienia z takimi sytuacjami w swoim miejscu pracy? Jak sobie poradziliście? Czy uważacie, że koleżanka powinna iść do sądu?

Moja książka niedługo w księgarniach!

Długo czekałam, ale się doczekałam. Wreszcie mogę pokazać okładkę mojej trzeciej książki. Jeszcze dokładnie nie wiem kiedy premiera, mam nadzieję, że już niedługo się dowiem i będę mogła wam przekazać. Jedna rzecz jest jednak pewna – to nie moja pierwsza i nie ostatnia książka, ale to z tej jestem najbardziej dumna.

Depresja – niewidzialny wróg

Wczoraj ktoś mnie zapytał, czy trudno opowiada się o depresji. Bardzo trudno. Nie tylko dlatego, że jest coraz powszechniejsza. Obecnie nie znam osoby, która nie zna nikogo, kto miał lub ma depresję. Pani korektor, która poprawiała moją książkę powiedziała mi, że sama zna pięć takich osób, z czego trzem udało się wyjść zwycięsko z choroby. Nie pytałam co się stało z pozostałą dwójką. Być może są nadal na leczeniu. Oby tak było, bo depresja jest bardzo niebezpieczną chorobą. Jeden chłopak, który leczy się od kilku lat porównał ją kiedyś w rozmowie ze mną do cichego zabójcy. Zakrada się do ciebie niepostrzeżenie, być może próbuje najpierw zdobyć twoje zaufanie, uwić sobie gniazdko w twoim umyśle i sprawić, że uznasz ją za coś normalnego. I nagle zadaje cios. Jest już za późno na to, aby działać. Tracisz chęć do walki, zanim jeszcze się zaczęła.

depresja

Depresja u każdego wygląda inaczej

Jeden ciągle by spał. Druga nie może jeść. Trzeci stroni od towarzystwa. Czwarty przestaje kochać coś, co kiedyś było jego pasją. Piąty myśli o samobójstwie. Dla każdego z nich depresja to co innego. Jedyny wspólny mianownik to taki, że po jakimś czasie depresja postępuje, pokazując coraz więcej nowych twarzy. Najważniejsze to uświadomić sobie, że sami z nią nie wygramy. Nie chodzi tutaj tylko o wsparcie w rodzinie, ale przede wszystkim o wsparcie lekarza, który może nam pomóc, jeśli mu na to pozwolimy.

Lekarz mi nie pomoże, poradzę sobie sam

Osoby, które są najbliżej chorych na depresję słyszą to bardzo często. Daj mi spokój, nie jestem chory. Przecież nic mi nie jest. Poradzę sobie sam, to zwykły spadek formy. Przesadzasz, nic mi nie dolega. Nie będę chodził do psychiatry, tylko czubki tam chodzą. Chcesz żeby uznano mnie za wariata? I co ludzie o mnie powiedzą?

Często zamiast przejmować się swoim zdrowiem, przejmujemy się tym, jak inni będą nas odbierać. To droga do nikąd.Ci, którzy nas oceniają nie pomogą nam w chorobie. Nie sprawią, że się wyleczymy i wróci nam radość i chęć życia. Dobry psychiatra nie tylko nam wytłumaczy jak działa depresja, zdiagnozuje nas, powie w jaki sposób możemy małymi kroczkami zwyciężyć chorobę. Wczoraj usłyszałam, że lekarze w Polsce są beznadziejni i nie pomagają. Nie wszyscy. Na szczęście istnieją jeszcze specjaliści, którzy mogą pomóc. Wystarczy tylko im na to pozwolić.

Czym różni się korekta i redakcja tekstu? I jaki mają wpływ na wydanie własne książki?

Wielu ludzi ma ten problem – uparcie uważają, że korekta tekstu i redakcja to to samo. Albo wcale nie wiedzą co to jedno, a co to drugie i używają obu form zamiennie. Tymczasem rozróżnienie obu pojęć nie jest trudne., a na pewno przyda się osobie, która chciałaby wydać własną książkę, ponieważ i redakcja i korekta są bardzo ważnymi elementami procesu wydawniczego.

Co to jest redakcja tekstu?

Redaktor to człowiek, który sprawdza nasz tekst pod względem poprawek gramatycznych, stylistycznych, leksykalnych, składniowych i logicznych. To osoba, która ci powie, że dane zdanie nie brzmi jak zdanie w języku polskim, a twój bohater jeszcze przed chwilą miał na sobie zielony kubraczek, a w następnym akapicie ma czarny, chociaż w książce wcale nie jest napisane, że się przebierał. 😛 Ta osoba zmieni twoje długie zdanie na krótsze, żeby czytelnikowi lepiej się czytało. Doda podtytuł, który poprawi czytelność tekstu. Podmieni niefortunnie użyte słowo.

korekta tekstu

W czym pomoże redaktor?

Gdy piszemy książkę często nie myślimy o tym, co i jak wygląda dla czytelnika. Przelewamy nasze myśli na papier i kompletnie nie zastanawiamy się, jak to będzie odbierane. Miałam taką sytuację z moją Panią redaktor, która sprawdzała moją najnowszą książkę. Użyłam dość niefortunnego sformułowania – mówiłam o baby blues i depresji poporodowej wskazując, że dobrze by było, gdyby zmęczona mama, zamiast iść do pracy, mogła wyjść do ludzi. Pani redaktor zagrzmiała: a czy według Pani wychowywanie dzieci to nie praca? 😛 A ja kompletnie zapomniałam, że coś takiego mogłam napisać, nie wspominając o zastanawianiu się jaki to ma wydźwięk dla czytelnika. Redaktor jest m.in. od tego, żeby tego typu błędy wam wskazać i naprowadzić. Dlatego jego rola w procesie wydawniczym jest taka ważna – kiedyś współpracowałam z wydawnictwem, które szczędziło na redaktorach i puściło książkę z błędem logicznym. Trafił mnie szlag, ale przynajmniej teraz już wiem z kim nie współpracować. Nie przejmujcie się, że redaktor wyślę wam wasz tekst cały na czerwono – wierzcie mi, pisarz wcale nie musi być alfą i omegą gramatyki. od tego są właśnie mili redaktorzy i korektorzy, żeby sprawdzili wasze wypociny. Rzadko kiedy im się zdarzają teksty bez błędów.

Co to jest korekta tekstu?

Korektor to człowiek, który wyłapie wam błędy językowe w waszym tekście. Zwróci uwagę na błędy ortograficzne i interpunkcyjne. Poprawi błędy leksykalne i fleksyjne, na które nie zwracamy w ogóle uwagi. Kiedyś nanosiło się specjalne znaki korektorskie na tekst. Dzisiaj niemalże wszystko korektor robi w Wordzie przy pomocy narzędzia ,,Śledzenie zmian”.

Korektor jest tak samo ważny jak redaktor. Badania udowadniają, że jesteśmy tragiczni w interpunkcji ( ja jestem tego żywym przykładem). Bez korektora twoje dzieło będzie jednym, wielkim, interpunkcyjnym błędem. Kiedy korektor skończy swoją pracę przesyła ci plik z poprawionym tekstem. Zmiany, które wprowadził ty możesz zaakceptować albo nie.

Czy mogę nie zgodzić się na jakieś zmiany jeśli mi nie odpowiadają?

Pewno, że możesz. Jeśli np. jesteś po polonistyce i uważasz, że pani korektor czy pan redaktor tutaj nie mają racji, to mówisz im o tym i po sprawie. Oni mają za zadanie wskazać ci twoje błędy i to wszystko, co według nich należałoby poprawić lub ulepszyć. Ty nie musisz się na wszystko zgadzać.

Publikuję sam – co wybrać? Korektę czy redakcję?

Zarówno korekta jak i redakcja tekstu nie jest tanią sprawą. Ale nie radziłabym na niej oszczędzać. Jeśli preferujesz selfpublishing i wydawnictwo nie zapewnia ci korekty czy redakcji, to zrób ją sam, we własnym zakresie. Zapewniam cię, że twoja powieść na tym skorzysta i będzie dużo przyjemniejsza w odbiorze dla czytelnika. A przecież o to właśnie nam chodzi – żeby zadowolić czytelników. 🙂

Jeśli coś zostawimy za sobą, to nie spuszcza to oczu z naszych pleców. Lepiej mieć to przed sobą, żeby móc się z tym mierzyć.

Gdy czytam kryminały, thrillery czy horrory zawsze się zastanawiam, jak wiele człowiek jest w stanie znieść. Takie same uczucia wywołała we mnie powieść N. Roberts pt. Obsesja. Nie czytałam wcześniej ani jednaj powieści autorki i powiedziano mi, że tworzy kryminalne arcydzieła. Czy tak jest rzeczywiście?

Gdy trauma przygniata dziecko do ziemi

Naomi Carson była zaledwie dwunastolatką, gdy odkryła, że jej ojciec jest gwałcicielem i mordercą. Postanowiła sobie, że już nigdy nie pozwoli, żeby to tragiczne wspomnienie zaważyło na jej przyszłości. Poświęciła się fotografii i stwierdziła, że czas radykalnie zmienić otoczenie. Gdy kupiła stary, rozpadający się dom i poznała nowych przyjaciół po raz pierwszy poczuła się bezpiecznie i u siebie. Pytanie tylko, czy przeszłość da o sobie tak łatwo zapomnieć?

trauma

Przeszłość zawsze NAS dogania w najmniej spodziewanym momencie

Powieść N. Roberts mogłaby być książką bardzo zajmującą. Mogłaby być, ale nie jest. Albo inaczej – była, ale do pewnego momentu. Zdecydowanie dobry początek książki zepsuły późniejsze błędy. Tak jak wspomniałam wcześniej, fabuła jest zajmująca, a sama historia Naomi i jej ojca rzeczywiście nadaje się do sfilmowania i puszczania w kinach. Czytelnik otrzymuje także sporą dawkę wiedzy z pogranicza psychologii. Poznajemy specyfikę radzenia sobie z traumą – bardzo dobrze widać po poszczególnych bohaterach, w jaki sposób próbują sobie poradzić z tym trudnym przeżyciem. Powieść doskonale pokazuje, jak bardzo różni jesteśmy nie tylko pod względem wyglądu, ale i konstrukcji psychicznej. Zarówno Naomi jak i jej brat i matka przeżyli tą samą tragedię, jednakże każde radziło sobie z nią w inny, ciężko nawet stwierdzić czy dobry, sposób. Obsesja na pewno mogłaby być gratką dla czytelnika, który lubi powieści psychologiczne.

Trauma nie powinna współgrać z miłością

Niestety, powieść ma kilka minusów, obok których nie można przejść obojętnie. Gdzieś około środka powieści wieje straszną nudą. Czytelnik może w tym momencie zapomnieć, że czyta kryminał. Zwłaszcza, że na prowadzenie wysuwa się wątek miłosny, co moim zdaniem ogromnie przeszkodziło fabule rozwinąć skrzydła. Ja wiem, że teraz niemalże w każdej książce musi być bożyszcze – męski, małomówny, silny i najlepiej jeszcze umięśniony facet, który skradnie serca większej części czytelniczek oraz oczywiście głównej bohaterki. Ale błagam, nie róbmy tego w kryminale. To nie romans! Ile już kryminałów w ten sposób spartaczono, to nie zliczę. A autorzy nadal to robią i psują dobre książki.

Dialogi między bohaterami są niekiedy sztuczne i zdecydowanie przegadane. Można odnieść wrażenie, że autorka nie miała pomysłu na dalsze pociągnięcie fabuły i zapychała ją nic nie wnoszącymi dialogami. Bardzo to słabe.

Ale najsłabsze i nie do wybaczenia w kryminale, przynajmniej dla mnie, jest przewidywalne zakończenie. Nienawidzę tego. Jeśli dobrze się wczytamy to już w połowie książki będziemy wiedzieć kto, co i dlaczego. Nie trzeba być Einsteinem. Koniec powieści to ogromne rozczarowanie. Dawno nie widziałam takich flaków z olejem. Zero emocji i akcji. Dno, muł i wodorosty. I jeszcze kilometr mułu.

Czytać czy nie czytać?

Te słowa adresują dla fanów kryminałów – czytacie na własne ryzyko. Ostrzegam lojalnie, że to nie jest dobra książka. A miała olbrzymi potencjał, bo początek jest wyśmienity. Podejrzewam, że autorce mógł ktoś źle coś podpowiedzieć w trakcie pisania, bo takiego dobrego początku zazwyczaj się nie chrzani. A tutaj mamy totalny bajzel.

 

Umowa z wydawcą. Jak się do tego zabrać?

Negocjacje z wydawcą niekiedy przypominają stare pole minowe. Nigdy nie wiesz kiedy jakaś mina ci oderwie nogę i jak stąpać, by cię nie rozszarpało na kawałeczki. Co wydawnictwo, to obyczaj i inne zasady. Nikt tak jak pisarz nie wie jak bardzo można się przejechać na drobnym druczku, schowanym gdzieś tam w odmętach tekstu umowy wydawniczej. Jak zatem stąpać po tym wydawniczym polu minowym? Jak nie dać się oskubać i taktownie przedstawiać swoje racje? Jak powinna wyglądać odpowiednia umowa z wydawcą?

Prawnik nie zaszkodzi

Powiem wam tak – przy swojej pierwszej umowie wydawniczej nie skorzystałam z prawnika. I okazało się, że nie popełniłam błędu, bo wydawnictwo podeszło do sprawy uczciwie i potraktowało mnie naprawdę bardzo w porządku, mimo że wiedzieli, że jestem debiutantką. Wiele z wydawnictw nie zachowuje się tak bardzo w porządku, o czym nasłuchałam się od innych znajomych, którzy wydawali książki po raz pierwszy. W każdym razie, jeśli macie kogoś, kto zna się na prawie autorskim albo kogoś, kto na wydawaniu książek zjadł zęby, to walcie do niego śmiało. Może to być prawnik, który specjalizuje się w prawie autorskim albo ktoś, kto pracuje w innym wydawnictwie i zna się na negocjacjach z autorami. Możecie także poradzić się innego pisarza jeśli go znacie. W przypadku wydawania pierwszej książki wszystkie chwyty są dozwolone i nawet wskazane. Lepiej zadać o jedno pytanie za dużo niż potem ponosić konsekwencje swoich pomyłek. Umowa z wydawcą jak każda inna może być pełna kruczków prawnych, o których wcześniej wam się nie śniło. Żadne wydawnictwo nie będzie robić wam problemu, jeśli powiecie, że chcielibyście przedyskutować umowę z prawnikiem. Powinni pokiwać główkami ze zrozumieniem i poczekać. To naturalne, że człowiek chce dokładnie wiedzieć co podpisuje. Niestety, często debiutant jest tak zaaferowany tym, że wydaje swoją pierwsza, wymarzoną książkę ( którą już pewnie widzi na półkach w Empiku ;)), że nie zwraca uwagi na takie detale jak poszczególne elementy umowy.

umowa z wydawcą

Prawo majątkowe i jego przeniesienie – o co tu chodzi?

W umowie powinny być zawarte klauzule dotyczące tego, w jaki sposób i kto może dysponować utworem. Jeśli to wydawnictwo ponosi koszty wydania naszej książki to najczęściej autor podpisuje umowę o przeniesienie praw majątkowych do utworu. Co to znaczy? Ano znaczy to tyle, że od tego momentu to wydawnictwo decyduje o wszystkim – ile książka będzie kosztowała, w jakich sklepach się pojawi, jaka będzie promocja i ile będzie wynosił tantiem autora za każdy sprzedany egzemplarz. Autor ma niewiele do powiedzenia w tych aspektach. Autor nadal korzysta z praw osobistych do utworu, ponieważ są one niezbywalne, jednakże tylko osoba, która posiada prawa majątkowe do utworu kontroluje jego wykorzystanie. Szczerze mówiąc, to tylko groźnie brzmi. Autor mimo to nadal ma dużo do powiedzenia przy wyborze okładki, akceptuje redakcję i korektę oraz może stosować samodzielną promocję książki. Nie jest więc tak, że kompletnie nie mamy wpływu na to, co i jak będzie się działo z naszą książką. Powiedzmy sobie szczerze – wydawnictwu zależy żeby książkę sprzedać, ponieważ wyłożyło kupę kasy na jej wydanie. Nie bójmy się więc, że celowo zrobi wszystko, żeby się nie sprzedała. Umowa z wydawcą powinna te aspekty odpowiednio doprecyzować.

Kasa musi się zgadzać

Nie zapominajmy o najważniejszym – o twoim honorarium! To jeden z najważniejszych punktów umowy wydawniczej. Jeśli go nie ma – umowa z wydawcą jest niepełna i  trzeba to jak najszybciej naprawić i nie dawać się zbyć głupimi tekstami o tym, że ,,załatwimy to w aneksach”. Żadnych aneksów. Ja co prawda nigdy nie usłyszałam takiej bzdury ale mówiła mi o czymś takim znajoma pisarka. W każdej umowie wydawniczej musi być wspomniane o:

  • wysokości honorarium za każdą sprzedaną książkę papierową, ebooka i audiobooka
  • warunkach płatności
  • terminach płatności
  • sposobie obliczania wynagrodzenia

Powyższe aspekty są bardzo istotne. Pamiętaj – nie zapominaj o nich. Tu chodzi przecież o twoje pieniądze za ciężko wykonaną pracę.

Jak negocjować stawkę?

Powiem szczerze i z ręką na sercu. Miałam szczęście w życiu i nigdy jeszcze nie musiałam negocjować. Po prostu stawki, które proponowało mi moje wydawnictwo wydawały mi się rozsądne i satysfakcjonujące. Wiem jednak, że to bardzo drażliwy temat w środowisku. Pamiętaj – wydawanie książek to biznes jak każdy inny. Wydawca chce na tym zarobić jak najwięcej pieniędzy. Nie znaczy to, że masz się kajać i pokornie przyjmować wszystko co ci dają. Masz prawo do negocjacji – zawsze. Jak wydawca do tego podejdzie? Cóż, wszystko zależy od wydawcy. Nigdy nie jest tak, że wszyscy autorzy jak jeden mąż zgadzają się na dane stawki. ja się zgodziłam ,ale dla innego autora takie same stawki będą śmieszne. Każdy z nas jest innym człowiekiem i ma inne priorytety i wymagania. Wydawnictwo nie ma prawa być zdziwione, że ktoś zechciał sobie negocjować. Pamiętaj jednak żeby nie przesadzać i nie przeciągać negocjacji w nieskończoność. Ustal sobie jasny cel, wytypuj wszystkie zmiany w umowie, które chciałbyś zrealizować i zastanów się, które są najważniejsze. Może tak się zdarzyć, że nie uda ci się wywalczyć wszystkiego, ale zawsze coś uszczkniesz. Chodzi o kompromis. Jest takie powiedzenie – kompromis jest wtedy gdy obie strony są odrobinę niezadowolone. I do tego dążymy. 🙂

Jeśli masz jeszcze jakieś pytania dotyczące umowy wydawniczej to zapraszam do zadawania pytań w komentarzach! 🙂 Będzie mi też bardzo miło jeśli docenisz mojego bloga – zostaw po sobie jakiś ślad – możesz skomentować ten post, polubić bloga i fanpage na facebooku lub udostępnić ten wpis. 🙂